sobota, 28 lipca 2012

8. World is full of fuckin' annoying people.

AXL.

- Kurwa, Izzy, chuju, gdzie jesteś...? - mruknąłem, kolejny raz patrząc na zegarek.
Nie, no, zajebiście, zaczynam gadać do siebie.
Dobra, może ja jakiś punktualny, kurwa, nie jestem, ale ośmiu godzin to się nigdy nie spoźniłem. No, może raz czy dwa razy... ewentualnie dziesięć. Nieważne.
Siedzę w tej jebanej kuchni jak jakiś debil, gotuję, a przynajmniej próbuję, przyjmuję zamówienia, bo tej lasce też nie chciało się dupy ruszyć do roboty, życie jak w Madrycie, po prostu. Dobrze, że chociaż tu tłumy nie przychodzą, bo wtedy już bym miał przejebane. Kilka razy chciałem zwyczajnie rzucić to w cholerę, ale mój kochany wuj gdyby się dowiedział, wyjebałby mnie ze Stradlinem z pracy.
Życie jest popierdolone. W ogóle po chuja my żyjemy? Po to, żeby od życia dostawać codziennie kopa w dupę? Nie, kurwa, może ja podziękuję za takie rozrywki.
O, ktoś wchodzi do restauracji. Taki dzwonek jest przymocowany do drzwi i gdy ktoś wchodzi to dzwoni. Tak jak teraz.
Schodzę z kuchennego blatu i idę w stronę drzwi. Mam nadzieję, że to Izzy, bo kurwa, ile można czekać?
Wychodzę z kuchni. Przyszedł jakiś facet, który nie jest Stradlinem. Kurwa, zjebie, zabiję cię!
Wyciągam z kieszeni ten pedalski* notes oraz długopis, który znalazłem w jakiejś szafce i idę w stronę tego gościa. Wysoki, w chuj wysoki blondyn. I normalnie ubrany jest.
- Co podać? - pytam się. Nawet nie próbuję ukrywać niechęci do tego co robię, no bo po co?
- Jesteś kelnerem? - ten z koleji nawet nie próbuje ukryć śmiechu. Ja mu dam śmiać się z Axl'a Rose'a, co to to nie.
- Masz z tym jakiś kurwa problem? - siadam na krześle i patrzę się na niego, a on na mnie.
- Nie. - mówi - Ale nie ukrywam, że wolałbym mieć tutaj jakąś laskę.
- Kto by nie wolał... -  odpowiadam.
Stradlin, chuju ty jebany, nawet nie wiesz ile lasek mogłem pieprzyć przez te osiem godzin!
- Duff.
- Co? - patrzę się na niego i jego wyciągnętą dłoń - Aha... Axl jestem.
- No, to, Axl... - zaczyna.
- Co?
- Fajny długopis.
- Masz coś do różowego? - pytam się Duffa.
O co mu chodzi? Przecież różowy jest zajebisty... Ja pierdole. Sam siebie oszukuję...
- Co tu w ogóle robisz? - pytam się by uniknąć kolejnych pytań odnośnie mojego wyposażenia pracy. - Skąd przyjechałeś? - dodaję widząc jego bagaż.
- Seattle. - odpowiada. - Przyjechałem tutaj po to po co każdy.
- Czyli po seks i sławę? - pytam się, ale odpowiedź jest jasna.
- Można tak powiedzieć. - odparł blondyn. - A mogę jakieś piwo tutaj dostać?
- A co ja na kelnerkę wyglądam? - pytam się oburzony. Kurwa, niech se sam przyniesie.
- Prawdę mówiąc to, tak, wyglądasz. - uśmiecha się. - No, idź już.
Wstaję i idę za bar. W końcu klient to klient, nie? Nalewając piwa, patrzę się na zegarek. Izzy, skurwielu jeden, gdzie ty jesteś?!
Nalewam jeszcze dla siebie. Bo dlaczego nie? Piwo za darmo jest najlepsze.
Stawiam napój przed blondynem, a on bez słowa go bierze i pije.
- Może jakieś "dziękuję"? - pytam się go. Dlaczego wszyscy mnie dzisiaj muszą wkurwiać? Ten chuj Izzy, ten niewdzięcznik Duff i jeszcze ta stara kurwa z tym pojebanym psem z trzeciego piętra. Co ja im takiego zrobiłem do chuja pana?!
- Jesteś wkurwiający jak baba.
- Tak uważasz? To ty chyba nie znasz na serio wkurwiających osób...
Świat jest pełen takich ludzi. Oczywiście można do nich zaliczyć spóźniającego się, jak kalifornikskie autobusy zjeba, z którym mieszkam.

***

W małym mieszkaniu na najwyższym (czyli czwartym) piętrze budynku mieszkalnego od kilku godzin trwała zabawa w najlepsze. Co chwila z pomieszczenia dochodziły różne dźwięki, zapewniając tym samym darmowy koncert dla reszty mieszkańców klatki, bloku, osiedla, a nawet dzielnicy. Jedną ze słuchaczy była Margaret Samantha Smith. Kobieta kupując swoje obecne mieszkanie nie przypuszczała, że pod koniec swojego wyczerpującego i pełnego niebezpieczeństw życia jako agentka Federalnego Biura Śledczego będzie musiała udawać się na spoczynek w towarzystwie gitar elektrycznych oraz zestawu perkusyjnego. Od pół roku, co wieczór, czasami dwa, rzadziej trzy, były organizowane głośne imprezy w mieszkaniu czarnowłosego chłopaka. Jednak nie było tak zawsze. Rok temu, gdy wprowadził się Jeffy, jak go pani Smith nazywała, było spokojnie. Od czasu do czasu Margaret zanosiła nastoleniemu sąsiadowi rożne ciasteczka, ciasta lub torty by nie umarł z głodu. Przypominał jej jej syna, który wiele lat temu wyjechał do Nowego Jorku w poszukiwaniu pracy i od roku się z nią nie kontaktował. Niestety, ku nieszczęściu staruszki, do Jeffreya wprowadził się jego kolega. Niemiły, arogancki, niekulturalny, niewychowany rudy chłopak, który tylko szukał okazji do kłótni z Margaret. Od sześciu miesięcy może dziesięć dni było takich podczas których nowy sąsiad nie rzucił jakiegoś komentarza w stronę kobiety. Ona starała się go ignorować, jednak teraz już przesadził, można było powiedzieć, że dzisiejsza impreza była jedną z najgłośniejszych.
Margaret ubrała na siebie swój niebieski szlafrok, wyszła z mieszkania i zamknęła drzwi. Weszła do windy i nacisnęła guzik z napisem "IV piętro". Po chwili jazdy staruszka usłyszała jakiś huk. Zgasły światła, a winda zatrzymała się. Teraz zostało jej tylko czekać na pomoc.

- Amanda, tak? - spytał się już lekko pijany Steven z butelką taniego wina w ręku.
Blondynka kiwnęła głową by potwierdzić.
- Nie umiesz mówić czy co? - spytał się jeszcze raz, drapiąc się po głowie.
- Umiem. - odpowiada tak, że chłopak ledwo ją usłyszał.
- Ej, kurwa, mów głośniej, bo jakbyś nie zauważyła to ktoś nadupca na perkusji i jest głośno.
- Chelsea.
- Co?
- No, Chelsea... Alice... - zaczęła by wyjaśnić o co jej chodziło - To ona gra teraz na perkusji.
- Ahaaaa... - odpowiada bardzo ambitnie Adler, a po chwili bierze łyk wina. - Chcesz? - pyta się z uśmiechem po chwili, podając butelkę dziewczynie.
- Nie piję.
- Jaja sobie robisz? Jak można nie pić? - pyta się chłopak z wielkim zdziwieniem na twarzy.
- No, normalnie...
- Co, kurwa?! - Steven wydawał się już bardzo przerażony wiadomością, iż ktoś może nie pić alkoholu. - Ty jakaś pojebana jesteś.
- Weź spierdalaj. - mówi do niego i idzie, tak by znajdować się jak najdalej od blondyna.
- Ej, no, czekaj. - najpierw słyszy głos osoby, która ją wkurwiła, a chwilę później huk. - Kurwa...
Amanda odwróciła się i zobaczyła Stevena leżącego na ziemi obok jakiejś osoby bliżej nieokreślonej płci, o którą się potknął oraz rozbitej butelki, z której wcześniej pił. Dziewczyna wzdycha i patrząc się z politowaniem i podchodzi do rozpaczającego nad wylanym winem chłopaka.
- No, wstawaj. - mówi podając mu rękę.
Chwilę później, niejaki Jeffrey Isbell, bardziej znany jako Izzy Stradlin zastał w jednym z pokojów swojego mieszkania Stevena przytulającego Amandę. No i wypadałoby dodać, że obydwoje leżeli na podłodze w kałuży wina.
- Co do... - próbował się spytać jednak blondyn mu przerwał.
- Tuuuulimy się! - krzyknął i przytulił jeszcze mocniej do siebie dziewczynę, która błagalnie patrzyła na Izziego.
- Hmm... Steven, wiesz, Amanda chyba już nie chce się przytulać...
- Co?! Oczywiście, że chce, co nie, słońce? - spytał się z uśmiechem na twarzy i dodał - A może ty chcesz się przytulać? - te słowa skierował do przerażonego obrotem sytuacji Stradlina.
- Wiesz, to chyba nie jest najle... - urwał widząc błagający wzrok dziewczyny i powiedział zrezygnowany - No, okej... Ale musisz wstać...
- Po co? - spytał się i pociągnął za rękę chłopaka tak, że upadł na przytulającą się dwójkę.
- Kurwa. - skomentowali zgodnie sytuację Amanda z Izzim, a po chwili zaczęli się śmiać razem z Adlerem, któremu nie przeszkadzało to, iż nie wiedział o co chodzi.
Taki niecodzienny widok zastali śpiewający jakąś piosenkę Olivia ze Slashem, szukający jakiegoś napoju z procentami.
- Liv? - pyta się chłopak obserwując trójkę tarzajacą się po ziemi.
- Czego? - odpowiada i patrzy się na swojego rozmówcę.
- Mam pomysł. Ale wiesz, nie jakiś chujowy, to jest zajebisty pomysł.
- Skąd wiesz, że zajebisty?
- Może dlatego, że jest mój? - mówi jakby to było oczywiste.
- Taa... - urywa rozmowę dziewczyna i bierze łyk jakiegoś napoju znalezionego na stole.
- Nie chcesz go poznać?
- Jakoś mi nie zależy.
- Dlaczego? - pyta się chłopak ze smutkiem w głosie. - Nie lubisz mnie? - dodaje i robi jeszcze bardziej smutną minę.
- Nie to, że nie lubię... Wkurwiają mnie osoby z wielkim ego, które myślą, że są najlepsze.
- Ale ja wcale nie myślę, że jestem najlepszy...
- Kłamcy też mnie wkurwiają.
- No, dobra, może masz rację. - mówi zrezygnowany Slash. - Jestem beznadziejny... - bierze butelkę wódki i siada na fotelu.
- Wcale nie jesteś. - podchodzi do niego Olivia, siada mu na kolanach i przytula go.
- Sama tak powiedziałaś.
- Racja. Ale ty jesteś wyjątkiem.
- To po chuja mi to mówiłaś? - patrzy się na nią.
- Tak po prostu. Żeby zobaczyć twoją reakcję.
- No to zajebiście. - mówi chłopak i upija sporą część napoju.
- Jesteś na mnie zły? - pyta się, patrząc się w oczy chłopakowi.
- Na ciebie nie da się gniewać... - odpowiada cicho po dłuższej chwili i całuje ją, najpierw delikatnie, później coraz bardziej namiętniej, a szczęśliwa jak nigdy wcześniej Olivia oddaje wszystkie pocałunki z zaangażowaniem. Teraz już wie, że Dylan był tylko chwilowym zauroczeniem, że był tylko zwykłym przyjacielem.
- Rzygam tęczą, kurwa. Jeszcze się zacznijcie pierdolić. - komentuje Izzy.
- O, a później będą mieć takie słodkie dzieci... - mówi Amanda - A ja ciocią zostanę...
- Jaką do chuja pana ciocią? - pyta się Adler.
- No, bo Saul i ja jesteśmy przyrodnim rodzeństwem. Mamy wspólnego ojca.
- Ło, kurwa. - Stradlin zarzucił ambitnym komentarzem.
- Ale muszę przyznać, że to ty urodę odziedziczyłaś. - dodał Adler z wiecznym uśmiechem na twarzy. - Ci młodsi w rodzeństwie są najlepsi. Bo starsi to same lamusy. - mówi i przybija piątkę z blondynką.

* Ja jako autorka pragnęłabym zaznaczyć, iż nic nie mam do osób homo czy bi. No, i tyle.

***
No to teraz kilka(dziesiąt) słów od Leraje.
Wiem, że scena z Liv i Slashem nie jest zbyt... romantyczna? No, na pewno nie jest taka jaka powinna być, ale w mojej opinii, ja nie umiem pisać takich właśnie scen, więc wyszło jak wyszło.
No i tak, nie pisałam tego chyba jeszcze, ale w tekście mogą się znaleźć fragmenty odbiegające od rzeczywistości. Wiadomo, nie sprawię, że Duff będzie gitarzystą prowadzącym, Izzy perkusistą, Steven basistą, Slash wokalistą, a Axla wydupcę z zespołu. Ale takie fakty typu siostra Slasha to będę pewnie wstawiać, tak, żeby ciekawiej było. Albo Steven nagle piosenkę napisze... Kto wie co mi do głowy wpadnie.
No i następna notka nie wiem kiedy będzie, ale obiecuję, że postaram się jak najszybciej ją wstawić.
A bohaterów zaktualizuję za około dwa, może trzy tygodnie, gdy na laptopie będę mieć dostęp neta.
No i dziękuję za ponad 2000 odsłon i 130 komentarzy. Wiem, że połowę sama nabiłam, ale chuj z tym, i tak Wam dziękuję <3

No i jeśli kogoś nie powiadomiłam to przepraszam, jeśli kogoś powiadomiłam, a nie miałam tego robić to też przepraszam i jeśli kogoś powiadomiłam więcej niż jeden raz to też przepraszam. Moja tępota się odzywa.