niedziela, 5 sierpnia 2012

1 | Soczkowo-tęczowa rewolucja.

Uwaga, uwaga!
Skoro wszyscy piszą rozdziały dla kogoś to ja nie chcę być gorsza i zadedykuję to... komuś.
A więc, dedykuję ten rozdział (ten, bo podobno jest boski):
- Mrs.Destruction za to, że ze mną gada, a to coś niżej określiła mianem "prze genialnego", jest moją siostrą i w ogóle dlatego, że mi się tak podoba,
- osobom, które kliknęły wszystkie odpowiedzi w ankiecie i jestem zajebiście ciekawa kto to jest, więc proszę u ujawnie się,
- ABC, bo ze mną gada i znowu dlatego, że mi się tak podoba... No i dlatego, że mamy w tym rozdziale dużo Axla...,
- Lise-Lotte... Tia, wiem, w ogóle się nie znamy, bla bla bla, ale ona komentuje ten szit, który piszę, nosi okularopatrzałki, her inglisz ys perfekt i nie ma piwnicy oraz jest moją piwniczaną siostrą,
- little_devil, Sonn, Michelle, Dion Adler, Dreamer, My_desire, bo one wszystkie komentowały to, co do tej pory napisałam i (chyba) to czytają,
- wszystkim, o których zapomniałam wspomnieć wyżej, ale czytają,
oraz tym, którzy czytają, a nie komentują, bo pewnie tacy są.

I chuj, widać, że się do tego nie nadaję, bo każdemu to zadedykowałam... Ale co ja poradzę, że udaje mi się tak mało fajnych i wartych dedykowania komuś rozdziałów...

A teraz enjoy!
I info dla niekumatych - dys ys maj sekend story, de nju łan.



***


Freja [to jest imię, jak coś ~ L.]

Czwarty luty... Jutro piąty... Tylko jeden dzień... Tylko jeden, jedyny... Dziękuję...

Od pięcu lat planowałam ten dzień, to wszystko, co zrobię, co powiem, jak się zachowam.
Dobrze wiem, że powinnam Go zostawić w spokoju. Przynajmniej tak zrobiłaby rozsądnie myśląca osoba. Przecież powinnam Go podziwiać i brać z Niego przykład, w końcu ułożył sobie życie na nowo, zapominając o przeszłości. Ale ja nie mogę... Ciągle o Nim pamiętam. I choćbym chciała, nie zapomnę.
Najgorsze jest to, że obiecał. Obiecał, że wróci do mnie... Do nas... Ale tak nie zrobił, tylko poszedł w pizdu [kocham to określenie ^.^ ~ L.].
A gdy usłyszałam tę piosenkę to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że muszę to zrobić... Że muszę się z Nim spotkać. Chociażby na chwilę. Zasługuję na wyjaśnienia.
Poźniej spiker w radio zaczął opowiadać historię zespołu... O trudnych początkach, o coraz to liczniejszych koncertach, o nagrywanej płycie...
I poczułam nienawiść.
A potem żal.
Mówił, że wróci, że będziemy żyć wszyscy razem. Że będzie nam lepiej, niż kiedykolwiek.
Zapomniał? Nie. Czasami zachowywał się jak zwykła ciota i frajer (może dlatego, że On był ciotą i frajerem...?), ale o takich rzeczach się nie zapomina.
Po prostu zostawił mnie samą, bez kasy... W końcu musiałam wszystko posprzedawać. Zostałam bez niczego...  Jedyne, co mi zostało to chęć przeżycia...

Tego dnia, piątego stycznia, w moje i Jego urodziny, wstałam wcześnie z rana. Dlaczego? Wreszcie jestem pełnoletnia, wreszcie mam jebane osiemnaście lat i muszę z tego zacząć korzystać jak najwcześniej.
Gotowa byłam już kilka minut po szóstej.Tylko się umyłam, ubrałam i dopakowałam szczoteczkę do zębów do już wcześniej spakowanej torby. Tak naprawdę to nigdy jej nie rozpakowałam. Ona czekała tutaj na ten dzień siedem miesięcy.
Zarzucam bagaż na ramię i sprawdzam czy mam w kieszeni wszystkie potrzebne dokumenty i pieniądze. Wychodzę cicho z pokoju, mijam zamknięte drzwi, świetlicę, stołówkę, macham już ostatni raz portierowi, który wypuszcza mnie z budynku. Przechodzę przez bramę i już znajduję się na jednej z kilku ulic prowadzących do dworca.
Jestem wolna.

Bałam się, że nie będę mogła uciec, że nie będę w stanie tego zrobić. Tchórze uciekają. Ale każdy by na moim miejscu tak zrobił. On tak zrobił pięć lat temu, więc ja też mogę. On ułożył sobie życie, więc ja też mogę. Mogę zrobić, co tylko chcę. Wszystko jest dla ludzi.
Na początek kupiłam sobie bilet w jedną stronę do Los Angeles. W drugą mi nie potrzebny... Z resztą i tak kasy by mi pewnie nie starczyło wtedy na jedzenie, więc co za rożnica. Albo nie wrócę do domu, alebo umrę z głodu.
Teraz siedzę na zimnej, metalowej ławce przy peronie dziewiątym [i trzy czwarte xD Hahaha ~ L.] i myślę, co będzie dalej. Wynajmę jakieś małe mieszkanko, ewentualnie chwilę w hotelu pomieszkam. Znajdę pracę, może na dwa etaty, w dzień w jakimś sklepie, a w nocy w jakimś klubie, jeślie będą potrzebowali barmanki to nawet osiemnastolatkę zatrudnią przecież.
Będzie lepiej... Musi być lepiej...

***


Kwatera Główna Pistoletów i Róż.
Godzina poranna, między czternastą, a szesnastą.


- No, panowie, trzeba się trochę ogarnąć. - mówi rudy chłopak, wstając i patrząc na swoich towarzyszy. - Zero ćpania, zero chlania, zero pieprz... - zawachał się, jednak po chwili kontynuował - Dobra, pieprzyć się możemy, ale ze zdrowym rozsądkiem, czyli raz na tydzień, dwa. Musimy napisać i skomponować jeszcze jedną piosenkę na Appetite.
Pan Axl Rose [aka Wielkie Ego ~ L.] zakończył swoje pierwsze i najdłuże (jak na razie, dajmy się chłopakowi rozwijać) przemówienie w życiu i z zadowoloną miną usiadł z powrotem na swoim krześle. Na potwierdzenie swych słów wyciągnął spod stołu dużą reklamówkę w tęczowe jednorożce i położył ją przed sobą na drewnianym stole. Następnie sięgnął do niej i już po chwili był w trakcie arcytrudnego zajęcia, jakim jest wyciąganie plastikowej słomki z przeźroczystego opakowania. Gdy trzy minuty później udało mu się wykonać misję, włożył rurkę do tęczowego soczku w kartoniku o nazwie "Tęczowy Sok", którego zakupił pół godziny wcześniej w Biedronce i zaczął pić.
- Mmm... Pyszne... - skomentował rudy z błogim uśmiechem na twarzy. - Chcecie? Na razie są tylko trzy dla każdego, ale poźniej się dokupi, spokojnie. - dodał, patrząc się na przyjaciół, jednak nie był w stanie rozróżnić, czy ich wyraz twarzy mówił "Dlaczego tak mało soczków?", czy "Dlaczego taki smak?". Wokalista nie wiedział w jakim był wielkim błędzie. Siedzący po jego lewej stronie Slash gapił się na niego z otwartymi ustami, z których chwilę wcześniej wypadł papieros, a jego mina mówiła coś jakby "Co do chuja?". Dalej, po lewej stronie kolegi napierdalającego na gitarze, pół-siedział, pół-leżał, śpiący Duff, któremu ciekła ślina, kapiąc na stół, a z jego twarzy można było wyczytać tyle samo, co jedno wielkie NIC. Po prawej stronie od pana robiącego zakupy w Biedronce, siedział człowiek, który różnił się od gitarzysty prowadzącego dwoma rzeczami - pierwsza to była taka, że był gitarzystą rytmicznym, a druga, że jemu papieros z ust nie wypadł, tylko sprytnie wziął go do dłoni. Na końcu stołu, drugie honorowe miejsce (na tym, a nie na innym, gdyż Pan Od Soczków zajmuje pierwsze honorowe miejsce, bo tylko na nim mieści się on sam i jego wielkie ego) uśmiechał się, pochłaniając trzeci z koleji soczek Steven, którego mina mówiła coś między "Gdzie jest kolejny sok?! Steven lubi! Steven chce więcej!", a "Tęczowy Sok, sialalala...".
- Czołg, kurwa... Axl, uważaj... Bum... Ups, już nie ma Axla... Nic ci już nie grozi mój drogi Jacku Danielsie, możemy spokojnie udać się na przejażdżkę naszym nowym DuffMobilem... - odezwał się nadal śpiący basista, a na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Wszyscy się na niego popatrzyli, a Adler na chwilę (ale tylko na chwilę) przestał sączyć napój wiewiór, czyli biedronkowy soczek. Jednak wczyscy po chwili wrócili do poprzednich zajęć (czyli gdyby się bardziej zastanowić to wrócili do nic nie robienia).
- Patatajaj mocniej, Izzy... Mocniej... Aż do tęczy... - odezwał się kolejny raz Duff, tym razem wywołując u kolegów dziwne reakcje. Axl ze Stevenem wypluli sok, brudząc przy okazji siebie, innych oraz wszystko inne w promieniu jednego metra. Slash poparzył się ogniem, próbując wcześniej zapalić papierosa, a Izziemu, który sekundę wcześniej przeżył sekundowy zawał serca, gdyż usłyszał swoje imię w zdaniu blondyna, wypadł papieros z ust.


Ta sama lokalizacja.
Zero godzin, trzy minuty i trzynaście sekund później.


- Slash? - zaczął zmieszany Steven, przerywając grobową ciszę. - Mogę twój przydział soczków?
Gitarzysta jęknął i schował twarz w dłoniach, poprzednio gasząc papierosa. Nie, to się nie dzieje na prawdę. On jest jakiś pojebany..., pomyślał załamany wizją życia bez alkoholu, narkotyków i seksu chłopak.
- Wróćmy, więc może do ważnych rzeczy, czyli do mojego inteligentnego planu, za który mi jeszcze kiedyś podziękujecie. - zaczął swój kolejny wywód Axl. - Soczki, jak już wiecie, mamy. Otóż, od wczoraj jestem szczęśliwym posiadaczem karty BiedronkaPremiumClub, z którą przez następny tydzień jest możliwa pięćdziesięcio procentowa zniżka na wszystkie owoce i warzywa, więc pomyślałem, że wypadałoby ją wykorzystać, gdyż musimy uzupełnić zapasy zdrowej żywności. Dodatkowo, dla posiadaczy tejże karty jest zniżka na artykuły ogrodnicze firmy BiedronkaGarden, z której również skorzystamy, na przykład, kupując sztuczny wodospad, który przyda się do urządzania naszej prywatnej oazy spokoju. Właśnie, a propos, chciałbym was poprosić byście jutro nie wychodzili nigdzie, gdyż o godzinie ósmej rano przyjdzie architekt by zaprojektować nasz cały dom od nowa, a temat to "Czuj się jak na wsi, będąc w mieście", więc od następnego tygodnia będziemy w ogrodzie trzymać kozy. Więc jutro, jak już...
- Wiesz, Axl... - przerwał rudemu monolog Izzy, przerażony tym, co jego przyjaciel wymyślił i jeszcze wymyśli. - Przypomniałem sobie, że yyy... w piwnicy mam... yyy... ciastka... Wezmę chłopaków i przyniesiemy je...
- Dobrze, dobrze. - odpowiedział Rose, jednak w pokoju już nie było nikogo oprócz niego samego [i jego ego ~ L.], nawet Duffa patatającego we śnie. Rudy wzruszył ramionami i z uśmiechem wyłożył się na kanapie, zajadając marchewkę, uprzednio wyciągniętą z glana.

Podziemia Kwatery Głównej Pistoletów i Róż, czyli Schron AntyAxlowy.
Pół minuty później.

Gdy już po raz piąty w ciągu dwóch sekund Slash upewnił się, że drzwi do piwnicy są szczelnie i dokładnie zamknięte przed rudymi chłopcami pijącymi soczki z rurką, podszedł do równie wstrząśniętych brakiem alkoholu i jakiego kolwiek syfu przyjaciół.
- Zamknąłeś tak, że Rose tu nie wejdzie? - pyta się go Izzy, a gdy gitarzysta potakuje, dodaje - Axl zachowuje się gorzej, niż moja babcia... I musimy odkryć dlaczego.
- Pojebało? Nie będę biegać po całym Los Angeles tylko dlatego, że Axl jakieś soki przyniósł. - zaczął Duff, wcześniej poinformowany o przebiegu spotkania z wokalistą. - Wyjebmy go z zespołu lepiej.
- A kto kurwa będzie śpiewał, geniuszu? - pyta się mocno zdenerwowany wszystkim Mulat.
- Ja będę, a co! Bo ja w porównaniu do niektórych UMIEM śpiewać... - odpowiedział wyzywająco blondyn.
- Jesteś pewny, że umiesz? Lepiej zostań przy tej swojej pseudogitarce, lamusie.
- Nie obrażaj basu, chuju!
- Ty nie obrażaj nie umiejących śpiewać ludzi!
- Ha, czyli nie umiesz śpiewać, sam to powiedziałeś! - odezwał się Duff z wyższością.
- Wcale tak nie powiedziałem, ćwoku!
- Ale zasugerowałeś, frajerze!
- Kurwa, McKagan, na solo chcesz iść?!
- Lody Solo, jedyne dolar pięćdziesiąt w sklepiku za rogiem. - skomentował z uśmiechem Steven, wywołując facepalmy u kolegów.


***

Sorki, że takie małe, ale bawiłam się trochę za bardzo paintem, więc wyszło jak wyszło. Tam jest napisane: SOK TĘCZOWY | o smaku tęczowotęczowym | 100% sok | z przetartej tęczy.

Nowy rozdział nie wiem kiedy, ale postaram się jak najszybciej wstawić, co może być trudne, gdyż w poniedziałek wyjeżdżam na samobójczo-brydżowy obóz i nie ma mnie dziesięć dni. Ale neta będę mieć, więc pewnie coś opublikuję... Prędzej czy później...