Dzień przed wydarzeniami w rozdziale szóstym.
OLIVIA.
- Ej, Olivia? - usłyszałam jakiś głos, który bezczelnie próbował mnie obudzić.
- Spierdalaj... - mruknęłam i naciągnęłam sobie koc na głowę.
- Kurwa... - szepcze ten sam głos - Wstawaj, jesteśmy w Phoenix...
Nie, proszę, nie... Nie już... Nie tak szybko...
- Nie wstanę. - mówię zdecydowanie.
Ktoś mnie bierze na ręce i wyciąga z samochodu. Otwieram oczy i patrzę, a przynajmniej próbuję dojrzeć twarz ktosia. Tym ktosiem okazał się Saul.
- Co się tak gapisz? - pyta się.
- Zastanawiam się jak cię zabić. - odpowiadam mu i patrzę się w jego oczy.
- Dlaczego chcesz mnie zabić? Mnie? Ty wiesz kim ja jestem? - mówi Saul z udawanym oburzeniem akcentując przed ostatnie słowo.
- Facetem budzącym niewinne dziewczynki z ich snów o jednorożcach i tęczach.
Jezu, jakie on ma ładne oczy... Pojebało cię, Olivia?!
- Śniłaś o jednorożcach? - pyta się z ciekawością chłopak.
- Jakiś problem?
- Nie, nie, nie... - kręci głową potrząsając przy okazji swoimi włosami.
- Ogranąłbyś te włosy...
- CO?! Moje włosy są przecież ZAJEBISTE! - krzyczy chłopak zwracając na nas uwagę przechodniów.
Wyswobodzam się z jego uścisku i rozglądam się. Jesteśmy przy wjeździe do miasta, przy jakimś jeziorze... A może to jest staw?
Steven stoi w kolejce przy jakiejś budce z jedzeniem. Uśmiecham się do niego, a on do mnie. I dobrze, bo Adler musi się uśmiechać.
Idę w stronę małej plaży. Nikogo na niej nie ma. Siadam na piasku i patrzę przed siebie. Uwielbiam zachody słońca, szczególnie nad wodą.
I co ja ze sobą zrobię? Chłopcy pewnie jutro z rana wezmą jakiś autobus do Los Angeles albo stopem pojadą. A ja nadal nie mam pomysłu na siebie. Nie chcę ich zostawiać, ale... boję się. Boję się takiego życia jakie oni prowadzą. Ciągłe imprezy, seks, dragi, alkohol... To nie dla mnie. Tylko, że z drugiej stony, nie chcę mieć monotonnego życia, takiego jakie do tej pory prowadziłam. Nie chcę, nie mogę, nie umiałabym znowu... Nie po to rzuciłam poprzednie życie, żeby robić to samo, tylko w innym mieście. Przecież nawet coś takiego sensu nie ma.
Zamykam oczy i kładę się na piasku.
Boże, dlaczego jestem taką debilką?
Następny dzień (czyli ten sam, co w szóstce)
CHELSEA.
- No, no, no, kogo my tu mamy? - mówi policjant z chytrym uśmiechem na twarzy i czyta ze swoich kartek - Chelsea Alice Sky, wcześniej Scott, notowana między innymi za zakłócanie ciszy nocnej, posiadanie narkotyków, jazdę pojazdem bez prawa jazdy oraz pod wpływem alkoholu, obrażanie funkcjonariuszy. A to tylko ostatnie trzy lata. - patrzy się na mnie z wyższością, a po chwili kontynuuje - Amanda Rose Black, nieletnia, notowana za użycie i posiadanie heroiny. - tym razem popatrzył się na blondynkę, która miała już łzy w oczach. Chciałam ją przytulić, a Jeffreyowi wpierdolić, ale nie mogłam. Ja się wkurwiałam siedząc na twardym krześle, a Grubas kontynuował swój wywód - Jeffrey Isbell, znany również jako Izzy Stradlin, notowany oraz karany za handel narkotykami, bójki, bycie pod wpływem alkoholu, ale to tylko z ostatniego pół roku. - znowu się uśmiecha - I wasza trójka chce mi wmówić, że w tym woreczku nie ma LSD, ani żadnego świństwa?
- Kurwa, mówię chyba wyraźnie, nie?! To są jebane WITAMINY! - mówi, a raczej krzyczy Jeffrey wstając gwałtownie z krzesła.
- Spokojnie, synek, usiądź. - mówi Grubas - Mamy świadków, którzy twierdzą, że kupili od ciebie LSD. Poza tym miałeś przy sobie dużą ilość pieniędzy. Tym razem się nie wywiniesz.
- Tak? To mi, kurwa, chuju, pokaż jakiś papier mówiący, że to jest LSD, a nie witamina C! - Czarny się wścieka. I dobrze, ma za swoje. Najchętniej bym mu wpierdoliła, no, ale zacznijmy od początku.
Chwilę po tym, gdy skończyłam Jeffowi o sobie opowiadać, zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec lekcji dla licealistów, między innymi dla Amandy. Czarny stwierdził, że zaczeka ze mną, bo i tak nie miał nic do roboty. Z perspektywy czasu widzę, że mógł pójść w cholerę, tak byłoby lepiej.
Siedzieliśmy sobie na tamtym chodniku i patrzyliśmy czy dziewczyna przypadkiem nie wychodzi ze szkoły. Po dziesięciu minutach ją zobaczyliśmy w asyście jakieś grupki, która miała z niej niezły polew. A Amanda wyglądała jakby miała się zaraz rozpłakałać. Więc ja jako dobra koleżanka i Jeffrey jako dobry znajomy z pracy ruszyliśmy w stronę nastolatków by w przyjemny sposób załagodzić konflikt. Przynajmniej taki był początkowy plan. No, ale plany mają to do siebie, że z reguły ulegają zmianie. No, ale po kolei.
Gdy blondynka nas zobaczyła zrobiła się jeszcze bardziej czerwona na twarzy, o ile było jeszcze można. Było jej wstyd, to jasne. W grupce jej prześladowców były jakieś dwie tapeciary i trójka chłopaków, którzy kupowali od Jeffa... powiedzmy, że narkotykowe witaminki. Boże, jaka nazwa... Nevermind.
Sama do końca nie wiem jak to było. Któryś z chłopaków powiedział o Amandzie, że jest dziwką czy kurwą, jeden pieron. A nasz ukochany Jeffrey się wkurzył i mu wpierdolił, zaczęli się bić. Dołączył do nich jeszcze ten drugi. Oczywiście, jak debilki, próbowałyśmy z Amandą ich wszystkich rozdzielić, co nam nie pomogło, gdy na miejsce przyjechała policja. Pewnie jakiś nauczyciel zadzwonił. A teraz będę mieć przejebane u Lucy i Aarona. I właśnie dlatego, mimo, że Jeffa lubię mam ochotę mu wpierdolić.
- Nie wyobrażaj sobie, gówniarzu, na wiele. Za chwilę te twoje witaminki pójdą do analizy, a wtedy cię za kratki wreszcie wsadzę. - mówi policjant z trumfalnym uśmiechem w stronę Isbella i wychodzi z pokoju.
Czarny i Amanda są cali czerwoni na twarzy. Tylko, chłopak z wściekłości, a że dziewczyna z płaczu. Przytulam ją. Boże, ja w wieku szesnastu lat też tyle ryczałam?
- Gratulacje, superbohaterze. - syczę w stronę Jeffa.
- Jakiś, kurwa, problem?
- Tak! A dziwisz się?! Będę mieć przejebane. - mówię już na serio wkurzona. - I ona z resztą też.
- Wypuszczą nas. Słuchaj, tam nie było narkotyków. A za bójkę was nie wsadzą, mnie prędzej. - mówi Czarny już spokojniejszym tonem.
- Ale... Po co w ogóle to zrobiłeś, hę? - pytam się, bo... Bo, no, kurwa, ciekawość mnie zżera.
Isbell wzrusza ramionami.
Ej, dawno nie gadałyśmy, nie uważasz?
Nie, nie uważam, wypad z baru!
Jesteśmy na komisariacie.
You don't say?!
To dlaczego "wypad z baru"?
Udajesz taką głupią czy na serio jesteś?
Co?
Co "co"?
Co "co <co>"?
Kuźwa, skończ już!
Z czym?
Ja pierdole... Nie gadam z tobą.
Dlaczego?
Bo tak.
Ok, kończę z tym. Nigdy więcej gadania do siebie. Nigdy.
OLIVIA.
- Liv? - ktoś mnie szarpie za ramię. Ten sam "ktoś" co wcześniej, czyli Saul.
- Czego, kurwa?
- Zasnęłaś. - stwierdza, a ja otwieram oczy.
- Co ty nie powiesz? - mówię z wyrzutem - Czego?
- Chcieliśmy się pożegnać...
- Co? Już jedziecie...?- głos mi się załamał. Przespałam całą noc, już nowy dzień, a ja nadal planu nie mam.
- Ej, spokojnie. - przytula mnie.
Podchodzi do nas Steven. Widząc nas rzuca na ziemię ciastka, które jadł.
- O! Tulimy się! - krzyczy blondyn i przytula się do nas mocno.
Zaśmiałam się, a Saul zrezygnowany dał się poprzytulać Adlerowi.
- No to co? Gotowi do drogi? - pyta się Steven z uśmiechem, wypuszczając nas z uścisku.
- Steven, ja nie jadę... - mówię.
- Jesteś pewna? - blondyn pyta się mnie z chytrym uśmiechem na twarzy. Chłopcy patrzą na siebie znacząco.
- O, nie, nawet nie myślcie... - nie dane było mi dokończyć, gdyż właśnie dwoje rockmanów wzięło mnie na ręce i zatkało usta.
Mam przejebane.
Pięć godzin później.
CHELSEA.
Jakiś inny, również gruby, policjant zaprowadził nas do jakiejś celi. Byliśmy w niej w trójkę. I dobrze. Kilka razy lądowałam z taki zbokami, że szkoda gadać.
Amanda przestała płakać, jednak nadal jest jakaś taka smutna. Nie umiem jej pomóc. Ale jej ojciec nie wyglądał na takiego, który mógłby robić jej jakieś wyrzuty. Ale ja sama pewnie będę mieć piekło w domu, przecież obiecałam, że już w nic się nie wplątam, że nie będą musieli mnie z komisariatu odbierać. Ale tym razem to nie była w ogóle moja wina. Nawet nie wiem za co tu siedzę, pewnie za tę cholerną bójkę. A Jeff jeszcze za dragi, których nie miał. Nie no, normalnie zajebiście. I jeszcze ten grubas mnie tak wkurwił tą swoją gadaniną. I tymi witaminowymi narkotykami. Jak można nie odróżniać LSD od jakiejś witaminki owocowej dla dzieci? Żyję wśród idiotów.
Odkąd gadaliśmy z Grubym minęło sześć godzin. Nie no, mógłby się trochę pośpieszyć z tą analizą tych "narkotyków".
- Idzie. - mówi Jeffrey.
Faktycznie szedł w stronę naszej celi Gruby.
- Analiza będzie za godzinę. - mówi z trumfalnym uśmiechem. - A na umilenie czasu dostaniecie nowych towarzyszy. - odchodzi w stronę jakiegoś policjanta.
- Zajebiście... - razem z Czarnym mówimy zrezygnowani, a po chwili uśmiechamy się do siebie.
Ale dlaczego musimy tak długo czekać na potwierdzenie tego, że witamina to witamina, a nie LSD? Ja tu umrę...
Wraca Grubas. Prowadzi ze sobą dwójkę chłopaków i jedną dziewczynę. Otwiera drzwi (o ile te kraty można drzwiami nazwać) i wpycha ich do środka. Jeden z chłopaków się uśmiecha, drugiego twarzy nie widzę, a dziewczyna wygląda na wkurwioną. Zaraz, ona przecież wygląda jak...
- O, kurwa! Olivia?! - krzyczę, wstając z ławki.
- Alice?
Jeff podnosi głowę.
- Steven?! - pyta się Czarny.
- Jaki Steven? O kurwa, Popcorn! - drę się kolejny raz.
- Izzy! Alice! - drze się Adler. Podchodzi i przytula nas.
- Amanda? - pyta się kolega Stevena i Olivii. Przecież ja znam ten głos...
- Hudson?! - krzyczę, a chłopak patrzy się na mnie. Chyba próbuje sobie mnie przypomnieć...
- Scott, to ty?! - pyta się po chwili.
- ZAMKNIJCIE SIĘ, GÓWNIARZE! - krzyczy, waląc pałką w celę Grubas.
Wszyscy wybuchamy śmiechem.
***
Trochę chyba taki pomieszany ten rozdział. Nie no, na pewno pomieszane w nim wszystko jest. Mam nadzieję, że to nie przeszkadza za bardzo.
Poza tym nie chce mi się go już sprawdzać, więc mogą w nim być jakieś małe błędy, za które przepraszam. Leń ze mnie.
I mam do Was, czytelników, sprawę - tamte rozdziały nie były wcale krótkie! Ja myślałam, że ledwo tam jest po 600 słów, a tu się okazuje, że w jednym jest około 1200, a drugim 1500 słów! Ja się kiedyś fochnę i Wam dopiero zacznę krótkie pisać!
PS: I tak Was tak naprawdę wszytskich kocham <3
Aha, jeszcze jedna sprawa. Bohaterów zaaktualizuję za jakiś tydzień, bo mam laptopa w naprawie, a nim zdjęcia etc.